Przyczynek do uzdrowiskowej historii

 

 

     Okupacyjne władze hitlerowskie zgodziły się, by sanatorium „Gozdawa” w Rymanowie Zdroju zostało przejęte w 1942 r. przez krakowską Radę Główną Opiekuńczą, która zorganizowała tam „Dom Dziecka dla Sierot”. Jego kierownikiem został krakowski nauczyciel Kazimierz Konarski, który wraz z żoną Marią pracował tam w latach 1942-1947. Rolę opiekunów-wychowawców pełnili nauczyciele z Krakowa oraz kilka kobiet, żon oficerów Wojska Polskiego internowanych w obozach jenieckich. Nie wykluczone, że panie te poniekąd ukrywały się tu przed władzami okupacyjnymi. Cały czas prowadzono tam tajne nauczanie dzieci.

     Kuchnie prowadziły cztery siostry sercanki, których przełożoną była siostra Cecylia. Opiekę lekarską sprawowała doktor Giedyńska, wysiedlona z Poznańskiego, która pewnej nocy musiała uciekać, bowiem była zapewne poszukiwana przez hitlerowców. Po niej dziećmi opiekował się doktor Kołek, mieszkający wówczas w Rymanowie. Po wojnie przeniósł się do Rzeszowa. Lekarze mieli do pomocy dwie pielęgniarki; panią Wisię i ukrywającą się tu starszą wiekiem żydowską lekarkę o nieznanym nazwisku, która przetrwała wojnę i pracowała potem jako lekarz-okulista w Ubezpieczalni Społecznej w Krakowie przy ul. Batorego 3.

     Pewnej nocy do „Gozdawy” przywieziono trzy żydowskie dziewczynki z zamiarem ukrycia ich tu pomiędzy innymi dziećmi. Dwie z nich miały aryjską urodę, zaś jedna typowo semicką. Personel miał oczywiście pełną świadomość, kim one są, i zgodził się podjąć ryzyko pomocy im. Dziewczynki zostały potajemnie ochrzczone i regularnie uczęszczały na niedzielne nabożeństwa do kościoła. Inaczej nie można, by było ukryć ich tożsamości przez innymi dziećmi.

     Niemcy kontrolując „Dom” nie odkryli przebywania w nim żydowskich dziewcząt, które po zakończeniu na tym terenie działań wojennych ktoś zabrał. Zapewne wszystkie przeżyły, bowiem dwie z nich spotkał w Krakowie, kilka lat po zakończeniu wojny dyrektor „Domu” Kazimierz Konarski. Jego syn, będący świadkiem tego spotkania, tak opisał to zdarzenie: „Po kilku latach na ulicy w Krakowie idąc z ojcem byłem świadkiem jak dwie eleganckie panie nagle rzuciły się na szyję, ze słowami - Nasz pan dyrektor! Były łzy wzruszenia.”

     Zwiększony napływ sierot spowodował, że także willę „Góral” oddano do ich dyspozycji,. kwaterując tam starszych chłopców. Dzieci przyjeżdżające tu od lata 1943 r. na kilkutygodniowe turnusy prowadzone również przez RGO, mieszkały także w „Kolonii Przemyskiej” i w willi „Niespodzianka”.  Jeden z kilkukrotnych uczestników tych zdrowotnych turnusów tak wspominał je po pół wieku: „opiekowano się nami wystarczająco, organizowano zajęcia świetlicowe. Starsza grupa zorganizowała starannie przygotowaną inscenizację „Zemsty” Aleksandra Fredry. W zimie używaliśmy na sankach i łyżwach. W lecie chodziliśmy do lasu na cudowne maliny i czernice. Graliśmy w dwa ognie, wówczas ta gra nazywała się „walka narodów” i każdy chciał być „Polską”. Atrakcją były raz w tygodniu kąpiele w „Łazienkach” w solance. Piliśmy też solankę. W zimie śpiewaliśmy kolędy. Były też msze św. W niedzielę, w auli „Gozdawy”. W lecie mama zamówiła dla mnie na cały turnus mleko od kozy. Wieczorami chodziłem do domu pod „Gozdawą” gdzie dostawałem garnuszek ciepłego jeszcze koziego mleka”.

     Kiedy we wrześniu 1944 r. zbliżał się front, RGO nie było wstanie dowieźć zaopatrzenia, w tej sytuacji dyrektor Konarski wynajmował kilka sań zaprzężonych w konie i razem ze starszymi dziećmi objeżdżał okoliczne wsi, zbierając żywność dla dzieci. Po zakończeniu działań wojennych sytuacja była jeszcze gorsza, bo wokół było pełno niewypałów i co raz ktoś ulegał wypadkowi. Po zakończeniu wojny aprowizacją zajmowały się państwowe instytucje opieki społecznej, w tym Wojewódzki Komitet Opieki Społecznej w Rzeszowie.

     Dom Dziecka dla Ofiar Wojny” w Rymanowie Zdroju zlokalizowany w „Gozdawie” po spaleniu przez UPA pobliskiej wsi Deszno uległ likwidacji. Wśród wychowanków było wiele dzieci z Wołynia, których rodzice zostali zamordowani przez UPA. Niektóre z tych dzieci były okaleczone. Ich niepokój o swój los, w związku z przeżytą tragedią, udzielał się pozostałym. W czasie wysiedlania Rusinów z okolicznych wiosek podczas ich przejazdu przez uzdrowisko starsze dzieci pochodzące z Wołynia rzucały w nich kamieniami.

     W tej sytuacji kierownik Kazimierz Konarski podjął decyzję o przeniesieniu dzieci do innych ośrodków. Do stacji kolejowej we Wróbliku dzieci przewieziono samochodami ciężarowymi, które dostarczyło wojsko. Tam czekało na nie kilka zarezerwowanych wagonów. Większość dzieci i cała dokumentacja ze spisami wychowanków, w tym kronika, została przewieziona do Poznania. Część dzieci trafiło do Niechorza wioski w powiecie Sępólno Krajeńskie na Pomorzu Gdańskim.

(W materiale wykorzystałem informacje przekazane przez Kazimierza Konarskiego, Zbigniewa Lecha i Aleksandra Płaksiaka.)  

Andrzej Potocki