O Juliuszu Katz - Suchym ponownie

 

 

     W ostatnim dniu mojego tegorocznego pobytu na leczeniu w Rymanowie Zdroju zwrócono mi uwagę na artykuł Andrzeja Potockiego w lutowym numerze miesięcznika „Nasz Rymanów” o Juliuszu Katz-Suchym. Artykuł ten zawiera sporo różnych pomówień i nieścisłości, a nawet kłamstw, do których nie zamierzam się tutaj ustosunkowywać. Nie zamierzam też przedstawiać tutaj pełnego życiorysu Katza-Suchego, bo musiałbym się opierać na różnych wątpliwych źródłach, do których nie mam zaufania. Zamiast tego, pragnę się ograniczyć do przytoczenia znanych mi faktów, począwszy od mojej osobistej z nim znajomości.Juliusza Katza-Suchego poznałem w 1955 roku, kiedy przyjmował mnie do pracy w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych, którego był dyrektorem. Przyjmując mnie do pracy wyraził jednocześnie zgodę na kontynuowanie przeze mnie magisterskich studiów stacjonarnych na Wydziale Ekonomii Uniwersytetu Warszawskiego. Mogłem więc łączyć pracę ze studiami, co w owym czasie było dla mnie szczególnie ważne. Warto pamiętać, że był to okres tzw. „odwilży”, po okresie stalinowskim. W Instytucie za jego czasów pracowało szereg osób bezpartyjnych, do których i ja należałem. Dlatego Katz-Suchy nigdy nie zwracał się do mnie per „towarzyszu”, ale przez „wy”, zadając mi pytanie w stylu: „Chowaniec, co wy o tym sądzicie?”.

     W styczniu 1956 roku Instytut zgłosił moja kandydaturę na roczne stypendium ONZ w Nowym Jorku. Przez wiele miesięcy po wysłaniu ankiety była cisza. W końcu czerwca przyleciał do Warszawy z wizytą oficjalną Sekretarz Generalny ONZ Dag Hammarskjoeld, a w jego towarzystwie wicedyrektor Departamentu Personalnego ONZ Karol Kraczkiewicz, który odbył ze mną wywiad w języku angielskim. Jak się później dowiedziałem, Kraczkiewicz był przed wybuchem wojny wysokiej rangi polskim dyplomatą w Berlinie.  Znajomość nasza trwała przez szereg lat. We wczesnych latach 60-tych spotkaliśmy się parokrotnie w Genewie, dokąd często przylatywał już jako Dyrektor Departamentu Personalnego Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w Wiedniu, którą on faktycznie od początku organizował. W lipcu dostałem zawiadomienie o przyznaniu mi stypendium, a na początku września 1956 wylądowałem w Nowym Jorku. Tam zastałem już Katza-Suchego, który uczestniczył w konferencji rozbrojeniowej ONZ. W gmachu polskiej misji poznałem też nowego wiceministra spraw zagranicznych Józefa Winiewicza, z którym w latach późniejszych miałem bardzo dobre stosunki robocze, głównie w sprawach oenzetowskich, ale nie tylko. Był to dyplomata wysokiej klasy, który w bardzo trudnych niekiedy sytuacjach potrafił bronić polskiej racji stanu.  Pierwsze dwie noce przespałem w polskiej misji przy ONZ, ale już pierwszego dnia poprosił mnie do siebie nowo mianowany ambasador Polski przy ONZ Jerzy Michałowski i zapytawszy mnie o wysokość mojego stypendium powiedział – pan nie może mieszkać w misji, proszę sobie poszukać mieszkania na mieście, tam gdzie będą mieszkać pańscy koledzy z grupy stypendy­stów. A w grupie tej było 20 osób z 20 różnych krajów. I rzeczywiście, następnego dnia ruszyliśmy grupkami na miasto w poszukiwaniu mieszkań, kierując się głównie ogłoszeniami z tablicy w ONZ. Sześciu z nas wynajęło trzy podobne mieszkania w kamienicy czynszowej, pod dwa pokoje z kuchnią i łazienką każde. Znajdowały się aż na 80 ulicy, na West Side, pomiędzy Brodway’em i Amsterdam Avenue, bardzo daleko od siedziby ONZ, na co niektórzy później narzekali. Ja do nich nie należałem. Zamieszkałem z Indonezyjczykiem, bardzo spokojnym, dobrym kolegą, katolikiem. Austriak zamieszkał z Norwegiem a Węgier z Jugosłowianinem. Codziennie wieczorem, około 2300  wychodziłem na Brodway, kupowałem w kiosku wczesną edycję „New York Times’a” na następny dzień i zaczytywałem się do późnych godzin nocnych. W Polsce zbliżał się Październik, sprawy zaczynały być interesujące. Ówczesny korespondent „New York Times’a” w Warszawie Sidney Gruson, prawie codziennie miał reportaż z Warszawy.     W czasie trwania konferencji rozbrojeniowej parokrotnie słuchałem w sali Zgromadzenia Ogólnego wystąpień Katza-Suchego. Mówił krótko,  treściwie, nawet dowcipnie, doskonałą i płynną angielszczyzną. Czuł się w swoim żywiole.   W jedną z wrześniowych niedziel Katz-Suchy zaprosił mnie na wycieczkę do parku stanowego Bear Mountain, leżącego na północny – zachód od Nowego Jorku, po zachodniej stronie Hudsonu, przyległego do posiadłości Harrimana. W samochodzie znaleźli się również prof. Manfred Lachs, wówczas Dyrektor Departamentu Prawnego MSZ i profesor prawa międzynarodowego na Uniwersytecie Warszawskim, w późniejszych latach, najdłuższy chyba stażem Sędzia Międzynarodowego Trybunału Spra­wiedliwości w Hadze, prof. Borsuk fizyk atomowy z Krakowa oraz Jerzy Sztucki  Sekretarz Naukowy Instytutu i ekspert ds. roz­brojeniowych. Większość dnia spędziliśmy na zwiedzaniu parku i wspinaczkach po skałach. W drodze powrotnej w samocho­dzie rozwinęła się ożywiona dyskusja o sytuacji politycznej w Polsce, w której najaktywniejszym okazał się prof. Borsuk, Stawiał wyjątkowo śmiałe tezy. Chyba był też bezpartyjnym. W pewnym momencie Katz-Suchy zwrócił się do mnie słowami – Chowaniec, wy pewnie nie wiecie, że to ja sprowadziłem prof. Lachsa z Londynu do Polski w 1946 rok?  Rzeczywiście, tego nie wie­działem. Może warto tutaj na marginesie wtrącić, że prof. Lachs, będąc jeszcze w mundurze oficera polskiego w Anglii, napisał i opublikował  w Londynie pracę pt. „WAR  CRIMES, An Attempt to Define the Issues”  (Zbrodnie wojenne. Próba zdefiniowania zagadnień), która została potraktowana w świecie prawniczym jako znacząca propozycja w przygotowaniach do Trybunału Norymberskiego.

     Po naszym zjeździe z George Washington Bridge na Hudson River Drive, Katz-Suchy zwrócił się do kierowcy z prośbą by zwolnił, bo chce nam coś pokazać. Po chwili zwrócił naszą uwagę na widoczny z lewej strony nad wysoką skarpą Manhattan Hotel, z którego trzy miesiące wcześniej wyskoczył z 12 piętra popełniając samobójstwo Jan Lechoń, poeta powstania warszawskiego. Po powrocie na środkowy Manhattan Katz-Suchy zaprosił nas wszystkich do restauracji na obiad.  Po kilku dniach Katz-Suchy wyleciał do Warszawy, ale chyba po dwóch tygodniach, powrócił do Nowego Jorku jako członek delegacji na sesję Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Zadzwonił do mnie z gmachu ONZ tuż po przylocie i zaprosił na kawę. Zrelacjonował mi wydarzenie, jakie miało miejsce w Instytucie tuż po moim wylocie do Nowego Jorku.  Pożegnałem się z nim w grudniu 1956r. w gmachu ONZ przed jego powrotem do Warszawy. Nie był już w najlepszym na­stroju. Prawdopodobnie wiedział już o czekającej go nominacji na ambasadora Polski w Indiach i chyba nie był tym zachwycony. Rzeczywiście, po tak błyskotliwej karierze dyplomatycznej we wczesnym okresie powojennym, mianowanie go ambasadorem w Indiach oznaczało faktycznie odstawienie go na boczny tor. Nie przypuszczałem wówczas, że będzie to nasze ostatnie spotkanie. Kiedy wróciłem do Warszawy we wrześniu 1957r.  Katz-Suchy był już w Indiach. Na stanowisku dyrektora Instytutu zastałem prof. Juliana Hochfelda, filozofa z Uniwersytetu Warszawskiego, posła na sejm, przedwojennego socjalistę, którego ja pamiętałem jako wykładowcę marsizmu-leninizmu w Szkole Głównej Służby zagranicznej (SGSZ) w latach 1951/2. moje sto­sunki z nim były wyraźnie chłodne, ale poprawne. Po ukończeniu przeze mnie magisterium na Uniwersytecie Warszawskim w 1958 roku, dał mi nawet odpowiedni awans w Instytucie. Sam uchodził już w tym czasie za jednego z czołowych rewizjonistów, czym naraził się Gomułce i został wkrótce wysłany do Paryża, do pracy w UNESCO, gdzie zmarł w 1966 roku.

     Twierdzenie p. Potockiego, że Katz-Suchy miał ukończone tylko sanockie gimnazjum jest ewidentną nieprawdą. We wczesnych latach 30-tych studiował prawo na UJ, skąd jednak po pewnym czasie został wydalony za działalność komunistyczną. Nieco później, odsiedział za tę działalność dwa i pół roku więzienia z 5-letniego wyroku, a jeszcze później więziony był przez parę miesięcy w Berezie Kartuskiej. Potem przedostał się nielegalnie do Czechosłowacji i kontynuował swoje studia w Pradze. Tam przebywał do marca1938 roku, czyli do czasu wkroczenia hitlerowców do Czechosłowacji po Konferencji Monachijskiej. Z Czech zbiegł znowu do Polski i z polskiego wybrzeża łodzią rybacką przedostał się w tym samym roku do Anglii. Tam, według niektórych wersji, dostał pracę w agencji prasowej Reutera i tam zastała go wojna.    Wszystkie lata wojny spędził w Londynie, pracując początkowo dla rządu gen. Sikorskiego, ale pod koniec wojny bardzo się zradykalizował i działał w niewielkiej grupie komunizującej. Niektórzy historycy określają ją mianem „londyńskiego PPR-u”. Po zakończeniu wojny wrócił natychmiast do Polski i zgłosił się do pracy w służbie dyplomatycznej. Po uznaniu Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej przez mocarstwa zachodnie i nawiązaniu przez niego stosunków dyplomatycznych z Wielką Bryta­nią dostał w 1945 roku stanowisko attache prasowego ambasady polskiej w Londynie. Jednak już pod koniec 1946 roku prze­niesiony został do Nowego Jorku, jako zastępca Stałego Przedstawiciela Polski przy ONZ, a od 1947 roku zostaje Stałym Przedstawicielem na miejsce prof. Oskara Langego. Na tym stanowisku pracuje do połowy 1951 roku. Przez wiele następnych lat brał udział w sesjach Zgromadzenia Ogólnego ONZ, w sesjach Rady Ekonomiczno-Społecznej ONZ, jak też w sesjach Europejskiej Komisji Gospodarczej ONZ w Genewie, piastując stanowisko dyrektora Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodo­wych. We wszystkich tych latach był też członkiem Kolegium Ministerstwa Spraw Zagranicznych.   W lecie 1961 ukazała się w Nowym Jorku książka wspomnieniowa siostrzenicy Katza-Suchego, Ireny Penzik, córki Abra­hama Penzika, znanego przed wojną adwokata i działacza socjalistycznego, posła na sejm. Książka nosi tytuł „Ashes to the Taste” (Piasek do smaku). Książka fatalna politycznie i nie tylko, która musiała bardzo zaszkodzić dalszej karierze politycznej Katza-Suchego. Jej autorka, która wraz z ojcem spędziła lata wojny w Nowym Jorku, była po wojnie osobistą sekretarką Katza-Suchego w polskiej misji przy ONZ. Ja, poprzez kolegę pracującego wówczas na najwyższych szczeblach władzy, dostałem tę książkę do przeczytania w Warszawie, w czasie kiedy była ona przedmiotem zainteresowanie, a nawet dyskusji na Biurze Poli­tycznym KC. Nie mam zamiaru książki tej omawiać. Chcę jednak zahaczyć o jeden jej wątek dotyczący rozmowy Katza-Su­chego z Julianem Tuwimem  w czasie pobytu autorki w Warszawie w styczniu 1952 roku. Autorka poszła odwiedzić Tuwima, mieszkającego w tym samym domu co Katz-Suchy. Tuwim był przyjacielem jej ojca z czasu wojny. Korzystając z okazji jej wyjazdu do Nowego Jorku, Tuwim miał ochotę podać przez nią list do Artura Rubinsteina. Zwrócił się więc z pytaniem do Katza-Suchego czy może to zrobić. Użył zwrotu „ja wiem, że on uchodzi dzisiaj za naszego wroga, ale...” Katz-Suchy jednoznacznie skontrował ten pomysł: „nie, żadnej korespondencji”. Tuwim przyjął to do wiadomości. Trzeba pamiętać, że to był styczeń 1952, szczyt okresu stalinowskiego w Polsce. Katz-Suchy doskonale się orientował jak działały w tym czasie polskie służby graniczne i nie chciał narażać na kłopoty ani swojej siostrzenicy, ani Tuwima. Jak wiadomo, Tuwim też spędził lata wojny w Nowym Jorku i korzystał ze wsparcia materialnego Rubinsteina. W czasie wojny trudno było wyżyć w Nowym Jorku z polskiej poezji. Najpiękniejsze dzieło Tuwima „Kwiaty Polskie” napisane zostało w domu Rubinsteina w Rochester pod Nowym Jorkiem. Kiedy wreszcie po dojściu Gomułki do władzy, Rubinstein przyjechał w 1958 roku do Polski i koncertował w Warszawie przy entuzjastycznej publiczności, Tuwima już wśród żyjących nie było.

     Jak już wspomniałem wcześniej, z Katzem-Suchym nigdy się już więcej nie widziałem. Kiedy w październiku 1964 roku wyjeżdżałem na placówkę dyplomatyczną do Waszyngtonu, jego jeszcze w Warszawie nie było. Kiedy zaś wróciłem z Waszyngtonu w sierpniu 1970 roku jego już w Polsce nie było. Na fali rozruchów antysemickich w marcu 1968 roku, wyjechał z Polski i osiadł w Danii. Duńczycy dali mu stanowisko wykładowcy prawa międzynarodowego na znanym Uniwersytecie Arhus. Początkowo pozwolono mu wykładać w języku angielskim, co dla niego nie stanowiło żadnego problemu. Po pewnym jednak czasie dano mu do zrozumienia, że powinien się przygotowywać do wykładów w języku duńskim. To zaś, w jego wieku, musiało być nie byle jakim wyzwaniem. Przypuszczam, że na tym tle dostał stresu i popadł w depresję. W maju 1970 roku wygłosił przemówienie na otwarciu kwatery polskich Żydów na cmentarzu w Kopenhadze. Chyba nie przypuszczał, że pół roku później sam w tej kwaterze spocznie.  Uważam, że obrzucanie różnymi pomówieniami człowieka, który już dawno nie żyje i sam bronić się nie może, jak to czyni p. Potocki, jest zwyczajną niegodziwością. Wiadomo, że nie ma ludzi nieomylnych i Katz-Suchy też do nich nie należał, ale wszystko należy oceniać również z perspektywy czasu i uwarunkowań w jakich przyszło nam żyć. Nie wszystko da się opisać tylko w kolorach biało-czarnych.

                                              Waszyngton, Dr. Jan Chowaniec

 

     Jest to polemiczny list do artykułu Andrzeja Potockiego zamieszczonego w lutowym numerze „NR” nr 2 (61) przedstawiającego sylwetkę Juliusza Katza-Suchego, urodzonego w Rymanowie w 1912 roku. Dr Jan Chowaniec jest rymanowianinem stale mieszkającym w Stanach Zjednoczonych (wła).